-Rose wstawaj! - Rudowłosa poruszyła się na łóżku, wyrwana brutalnie z pięknego snu.
-Czego?! - Spytała niezbyt uprzejmie, przewracając się na drugi bok.
-Wstawaj! Już! Masz piętnaście minut, albo zejdziesz na śniadanie do wielkiej sali tak jak jesteś ubrana w piżamie!
-Ale jesteś pewna że śpię w piżamie? - Spytała odwracając głowę w stronę blondynki. Lissa otworzyła usta zszokowana i zniesmaczona odpowiedzią przyjaciółki. Bo chyba może ją wciąż nazywać przyjaciółką prawda? Znają się niemalże od urodzenia. Jej mama przyjaźni się od czasów szkolnych z jej wujkiem Harrym i jego żoną Ginny, oraz z jej rodzicami Ronem i Hermioną. Kiedyś wiedziały o sobie wszytko. Były niemalże nierozłączne. Znały się na wylot. Rozumiały bez słów. Jej rodzina nazywała je bliźniczkami, bo przypominały im jak Fred i George w czasach swojego dzieciństwa, swej młodości, a także teraz dogadują się ze sobą nic nie mówiąc, i dokańczając za siebie zdania, tak one również dokańczały za siebie zdania.
-Za piętnaście minut masz być w PW inaczej przyśle po ciebie Coreya i Neo! - Powiedziała i wyszła z sypialni Krukonki. Rose zaśmiała się pod nosem gdy usłyszała trzask drzwi i krzyk irytacji blondynki tuż za nimi. Ale wstała z łóżka, na szczęście miała na sobie piżamę. Zieloną, po prawej nogawce spodni w górę spiralą wspinał się wielki czarny smok. Koszulę ma na guziki, po prawej stronie na piersi stały dwa czarne smoki i zionęły ogniem w górę tak, że ich płomienie się krzyżowały. A na plecach koszuli bokiem stał smok, pyskiem zwróconym w prawo, a jego ogon kończył się po lewej stronie koszuli z przodu. Pamiątka z Durmstrangu. Jedna z niewielu, które zachowała. Zabrała mundurek szkolny z fotela i poszła się odświeżyć do łazienki.
Dwadzieścia trzy minuty później rudowłosa Krukonka zeszła do Pokoju Wspólnego, a tam stała cała trójka Prefektów i jeszcze jakiś blondyn czekających na nią. Na ich widok przewróciła oczami i ruszyła do wyjścia, a oni za nią.
-Nie potrzebuję niańki.
-Według McGonagall potrzebujesz. - Powiedział Neo.
-Co ona może o mnie wiedzieć. - Mruknęła pod nosem Rose.
-Wie tyle ile wiedzą o tobie twoi rodzice.
-Czyli niewiele.
-Co to znaczy? - Spytał Corey.
-To, że moja rodzina mnie nie zna. - Powiedziała i przyspieszyła kroku.
-Cor, nie. - Usłyszała szept blondynki
-Ale ...
-Nie widzisz, że ona nie chce z nami rozmawiać? Jak będzie chciała pogadać, to sama zacznie rozmowę z tobą. Na przestrzeni ostatnich lat, bardzo odsunęła się od rodziny i dawnych przyjaciół. Nawet ode mnie.
-Okej.
-Znałyście się kiedyś? - Spytał zdziwiony kolega z o rok młodszej klasy Drew Garson.
-Tak Drew. Znamy się od urodzenia. Moja mama to Luna Lovegood teraz Scamander. W szkole przyjaźniła się z Ginny Weasley teraz już Potter z którą chodziła na większość zajęć razem. A także ze starszymi o rok Harrym Potterem, Ronem Weasley'em, Hermioną Granger teraz Weasley, Nevillem Longbottomem. To właśnie ta szóstka była główną siłą Gwardii Dumbledore'a podczas gdy Dolores Umbridge była nauczycielką Obrony Przed Czarną Magią. Stoczyli wielką bitwę w Ministerstwie Magii w 1996 roku. A gdy Voldemort przejął władzę nad szkołą, gdy Harry, Ron i Hermiona wrócili do szkoły jak szukali horkruksów, to Neville, Ginny i moja mama Luna zwołali wszystkich członków Gwardii Dumbledore'a do walki o Hogwart. A w dodatku przez cały rok tej tyrani w Hogwarie posługiwali się tymi monetami, których używali podczas spotkań GD gdy Umbridge tu rządziła. I pomagali sobie, przeszkadzali i psocili się Śmierciożercom panującym w szkole w tamtym czasie.
-Słyszałem tę opowieść.
-Ale nie znasz jej tak jak znamy ją my. Ja, czy Rose, czy jej rodzeństwo, kuzynostwo i dzieci Profesora Longbottoma. Słyszeli ją tak jak było, relację z życia. Bo nasi rodzice przeżyli to na prawdę. A ty Drew ... Twoi rodzice poszli do Hogwartu rok po wojnie. Nie byli tam gdy to wszystko się działo. Siedzieli wtedy bezpiecznie w domu. Znasz opowieści z wojny, ale takie jakie twoi rodzice usłyszeli w radio, jak inni im to opowiadali.
-Masz rację.
-Więc skoro nasi rodzice przyjaźnili się w czasach szkolnych, ich przyjaźń oczywiście nie mogła skończyć się po szkole. Przyjaźnią się po dziś dzień i zapewne będą się przyjaźnić aż do śmierci. Więc analogicznie rzecz biorąc, my również znamy się i przyjaźnimy. Od urodzenia.
-A tak w ogóle to czemu ma służyć ta rozmowa? - Spytał do tej pory milczący Neo. Pozostała dwójka nie znała odpowiedzi na to pytanie. Chłopak tylko pokręcił z dezaprobatą głową. I całą piątką weszli na wielką salę. Usiedli na tym samym miejscu co wczoraj wieczorem.
-Powinnaś coś zjeść. - Powiedział Neo do Rose, kończąc swoje śniadanie.
-Nie mam apetytu. - Odpowiedziała wstając od stołu.
-A ty dokąd? - Usłyszała za sobą pytanie bruneta. Ale nie odpowiedziała.
Sama dokładnie nie wiedziała dokąd zmierza. Szła przed siebie, pozwalając by nogi zaprowadziły ją gdzieś. W końcu zatrzymała się. Podniosła wzrok z podłogi i jej oczom ukazał się krajobraz Zakazanego Lasu. Stała na wieży. Tej na której zginął Profesor Dumbledore. Rozpoznała szczegóły tego miejsca, o których opowiedział kiedyś wujek Harry. Na tą wierzę od tamtego czasu nikt nie wchodzi. Jest to opuszczona wieża. Jedna z wielu. Usiadła na balustradzie i oparła plecami o kolumnę. Zapatrzyła się w dal, zapalając papierosa. Ostatnio tak często paliła. Ale nie potrafiła przestać. Tylko to ją uspokajało. Pozwalało przetrwać kolejną godzinę, kolejny dzień. Była jeszcze jej druga najlepsza przyjaciółka Ognista Whisky. Ta też pomagała zapomnieć, pomagała przestać myśleć, uwolnić się. Poczuć się chociaż przez chwilę wolną. Ale czy miała prawo do tej wolności? Czy powinna tu być? W tym zamku? Na tej wieży? Paląc papierosa? Czując jak kolejna dawka nikotyny zatruwa jej organizm, a smutek, stres, złość, poczucie winny schodzą na drugi plan. Chociaż na chwilę. Tak na to może sobie pozwolić. Ale nie na szczęście, przyjaźń i miłość. Przyszła tu do szkoły nie po to by pogodzić się z rodziną, zawrzeć nowe przyjaźnie, zakochać się, pogodzić się z życiem. Ale tylko po to by skończyć szkołę. Nawet nie dla siebie. Dla rodziców. By mogli być z niej dumni. Chociaż ten raz, tak jak wiele innych chwil było dawniej, ale one przeminęły. Chce by byli z niej dumni jak kiedyś. Więc skończy szkołę dla rodziców. A potem odejdzie. Tak. To najlepsze wyjście.
-No proszę, pierwszy raz w tym zamku a już znajdujesz tajne miejsce? Moje miejsce. - Usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła głowę i zobaczyła chłopaka o blond włosach i stalowych oczach, ubranego w szaty Slytherinu.
-Tajne? Twoje? Wątpię. - Powiedziała odpalając kolejnego papierosa. - Przyszłam tu kiedyś. Dawno temu. Jeszcze tej samej nocy jak przyjechałam tu po raz pierwszy. Hogwart niewiele zmienił się przez te pięć lat. To miejsce również. Jest tak samo zakurzone jak wtedy. Spędziłam w tej szkole wtedy całe dwa tygodnie. I każdego dnia przychodziłam tu co najmniej cztery razy dziennie. Więc jak już jest to moje miejsce. Znalazłam je pierwsza.
-Ja pierwszy raz tu trafiłem po miesiącu szkoły.
-Więc już mnie wtedy nie było tu. Jesteś Prefektem nie? To ty byłeś wczoraj też u McGonagall na mojej Ceremonii Przydziału. Z resztą drugiej. Chociaż w sumie trzeciej.
-Trzeciej? - Spytał siadając na przeciwko niej na balustradzie również zapalając papierosa.
-Pięć lat temu zasiadłam na stołku w wielkiej sali w Hogwarcie. Tiara przydzieliła mnie do Gryffindoru. Po dwóch tygodniach został zaakceptowany mój wniosek o naukę w Durmstrangu.
-Byłaś w Durmstrangu? - Spytał, ale ona zignorowała jego pytanie kontynuując.
-Więc się przeniosłam. Test który robiłam w wakacje, który był wysyłany razem z tym wnioskiem wyszedł mi że pasuję do Smoków i Małp. Ale koniec końców trafiłam do Smoków. No i trzeci raz tutaj znów, wczoraj. Tiara chciała przydzielić mnie do twojego domu, ale jednak stwierdziła, że ludzie mojego pochodzenia nie byliby miło widziani w waszym domu. W końcu nazywam się Weasley. I tak Durmstrang. Rodzice chcieli bym się tam uczyła. Więc nie chcąc robić przykrości mamie i tacie zgodziłam się. A po za tym zrobiłam to też dla siebie. Nie że jako jedenastolatka wiedziałam jak jest w Durmstrangu, bo nie wiedziałam. Chodzi mi o to, że tam byłam jedyną Weasley w całym zamku. Nie porównywano mnie do rodzeństwa, kuzynostwa. Nie musiałam udawać kogoś innego i przepychać się przez rodzinę że to ja jestem tą Weasley, którą warto znać, która potrafi wiele i tak dalej. Zostałam dość szybko zaakceptowana. I tak jak na początku mówiono o mnie Córka Rona Weasley'a, tak później zaczęto o mnie mówić Rose Weasley Smok Północy.
-Smok Północy?
-Należałam do Domu Smoka. Byłam Szukająca Smoków. Dlaczego Północy? Bo zawsze świeciłam najjaśniej, nawet najciemniejszą nocą. Nawet w śnieżycy i burzy. Wszyscy zawsze wiedzieli, że ja to ja.
-Nie wiedziałem że w Durmstrangu jest podział na domy.
-Kiedyś nie było. Ale od trzydziestu lat Dyrektorką Durmstrangu jest potomkini Neridy Vulchanov założycielki Instytutu Magii Durmstrang, Natsusri Makalai. I stwierdziła, że czas przywrócić szkole to co następcy jej przodkini znieśli. Podział na domy. Jak Dyrektor Beauxbatons usłyszał że Durmstrang ma podział na cztery domy, tak jak Hogwart postanowił, że nie będzie gorszy i również wniósł podział na domy, bo przecież Akademia Beauxbatons nie może być gorsza. Tak więc w Hogwarcie jest Slytherin, Ravenclaw, Huffelpuff i Gryffindor. W Durmstrangu jest Dom Smoka, Dom Wilka, Dom Tygrysa i Dom Małpy. A w Beauxbatons jest Wschód, Zachód, Północ i Południe.
-Ciekawe.
-Wiesz w końcu te trzy szkoły konkurują ze sobą od wieków.
-Nie palisz za dużo Weasley? - Spytał blondyn widząc że Krukonka zapala już trzeciego papierosa.
-Na coś trzeba umrzeć. A ja karmię tylko mojego raka. - Powiedziała kładąc rękę na klatce piersiowej, gdzie są płuca.
-Nie masz przypadkiem lekcji? - Spytał.
-A ty? - Spytała i spojrzała na zegarek na swoim nadgarstku. - Ja zaczynam dopiero za trzydzieści siedem minut.
-Ja też. - Odpowiedział i zapadła między nimi cisza.
Ale nie niezręczna, wręcz przeciwnie, przyjemna cisza. Oboje mieli w tej chwili tę samą myśl "Bo najlepiej milczy się z drugą osobą obok, a nie w samotności." I choć się nie znają. Czuli, że jednak jest coś dziwnego między nimi, coś co w przyszłości albo ich wzmocni, albo ich zrujnuje. Czuli się komfortowo w swoim towarzystwie milcząc razem. Chociaż on nie lubił towarzystwa obcych osób, tym bardziej jeśli są z innego domu. A już w ogóle nie przepadał za Weasley'ami i Potterami. A jednak siedzi w tym samym pomieszczeniu co jedna z Weasley'ów, Krukonka. Ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego jej nie nienawidzi, a jej kuzynostwa i rodzeństwa przecież nienawidzi. Zastanawia się, że może dlatego jej nie nienawidzi, bo jej nie zna. Może znienawidzi ją gdy ją bardziej pozna? A może nie?
-A ty gdzie? - Spytał widząc że dziewczyna zeszła z balustrady i kieruje się ku schodom.
-Za pięć minut zaczyna się lekcja Malfoy.
-Gdzie byłaś? - Spytała Lissa gdy tylko Rose stanęła pod salą od Transmutacji.
-Czy to ważne? Nie poszłam na wagary, jeśli o to ci chodzi.
-Wiem, że nie.
-Więc po co to pytanie?
-Bo ... Nieważne. - Odpowiedziała i obie weszły do sali. Choć lekcja się jeszcze nie zaczęła, uczniowie często wchodzą do sal przed rozpoczęciem zajęć. Rudowłosa usiadła w ostatniej ławce pod oknem. Lissa pokręciła głową i podeszła do swojej ławki.
-Malfoy ją wywali z tej ławki.
-Myślisz że tego nie wiem Johny? - Spytała Lissa siadając obok niego w ławce.
-Weasley to moja ławka. - Powiedział Scorpius siadając na drugim wolnym miejscu przy ławce.
-Jak ci coś nie pasuje to znajdź sobie inną ławkę. Bo ja nie zamierzam się stąd ruszyć nawet o milimetr. Chyba że skończy się lekcja. - Posłała mu na wpół sztuczny i na wpół wredny uśmiech.
-Wybacz Jake. - Zwrócił się do ciemnoskórego Ślizgona, który stał przy ich ławce. Ten tylko westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem i usiadł dwie ławki przed nimi z Elain McMilan. Scorpius sam nie wiedział czemu nie wywalił Krukonki z ławki, tylko kazał przyjacielowi usiąść gdzieś indziej. Było coś w niej, co go intrygowało. Ale jeszcze nie wiedział co.
Rose siedziała w ławce i wpatrywała się w widok za oknem, była nieobecna, myślami była gdzieś daleko. Nie słuchała nauczyciela. Nawet nie robiła notatek.
-Panno Weasley! - Profesor Wodley uderzył dłońmi w ławkę tuż przed dziewczyną. Ta nawet nie drgnęła, nie wystraszyła się. Powoli przeniosła wzrok z okna na twarz profesora.
-Tak profesorze? - Spytała od niechcenia.
-Od początku lekcji jesteś zamyślona i nieobecna na mojej lekcji. Więc może powiesz mi do czego służy zaklęcie, które jest napisane na tablicy? - Dziewczyna zerknęła na tablice znajdującą się za nauczycielem i odpowiedziała.
-Zaklęcie to pozwala na częściowe stransmutowanie człowieka w zwierzę, dzięki temu wprawimy przeciwnika w dezorientację i będziemy mieć czas aby uciec, ukryć się, lub zaatakować. W zależności od tego w jak poważnej sytuacji się znajdujemy. Rzucając to zaklęcie trzeba się mocno skupić jaką część ciała przeciwnika chcemy zmienić, oraz w jaką część zwierzęcia ma się ona zmienić. Oczywiście trzeba tu być ostrożnym i nie robić sobie głupich żartów i na przykład głowy człowieka nie zmienić w łapę jakiegoś zwierzęcia, tylko również w głowę. Bo gdyby głowę człowieka zmieniono w łapę, przeciwnik zostałby pozbawiony wzroku, słuchu, a także możliwości złapania oddechu i w przeciągu dwóch lub trzech minut umarłby. Ale na przykład zamiana ręki, lub całego ramienia w głowę zwierzęcia nie jest już niebezpieczne, gdyż przeciwnikowi nie stanie się żadna poważniejsza krzywda, nie licząc tego że dana głowa zwierzęcia może zacząć atakować człowieka w którego ciele jest.
-Skoro znasz zaklęcie w teorii jestem pewien że w praktyce również. - Powiedział profesor, ale nie liczył na to.
-Oczywiście. Malfoy jeśli pozwolisz. - Powiedziała a blondyn spojrzał na nią, a jego twarz przybrała pytający wyraz. Wyciągnęła różdżkę i celując nią w twarz Ślizgona wyszeptała. - Motommi Anima. - Głowa Ślizgona zamieniła się w głowę białej sowy. A gdy chciał coś powiedzieć z jego ust nie wydobył się jego głos, a sowi pisk. Było po nim widać że jest zdezorientowany sytuacją i powoli wpada w panikę. - Finite. - Rzuciła kolejne zaklęcie w stronę chłopaka.
-20 punktów dla Ravenclaw za znajomość zaklęcia w teorii i w praktyce. A teraz wasza kolej. Proszę do końca lekcji będziecie ćwiczyć na sobie to zaklęcie. A także przez najbliższy tydzień na każdej lekcji. A w piątek pokarzecie na ocenę co potraficie.
-Ty. - Scorpius wskazał palcem na Krukonke, choć tego nie okazywał był wściekły. Potrafił bardzo dobrze ukrywać swoje emocje. - Zrobiłaś ze mnie sowę.
-Tylko głowę ci zamieniłam w głowę sowy. W dodatku tylko na minute. Przecież nic się nie stało. Nadal jesteś sobą. Blondynem o stalowych oczach.
-Panie Malfoy, Panno Weasley. Was również dotyczy zajęcie się nauką tego zaklęcia.
-Ja je umiem.
-To pomorze Pani w nauce Panu Malfoy'owi.
-Czy ja wyglądam na osobę, która lubi pomagać i być obiektem na którym trenuje się zaklęcia?
-Nie interesuje mnie to Panno Weasley.
-Ale niech Pan spojrzy Profesorze. Klasa ma nieparzystą liczbę osób. A skoro ja znam to zaklęcia, Malfoy niech ćwiczy z nim. - Wskazała na chłopaka, który siedział sam dwie ławki obok. Profesor rozejrzał się po sali i stwierdził, że Krukonka ma rację.
-Panie Malfoy, proszę pójść do Pana Notta i ćwiczcie razem to zaklęcie. - Blondyn niechętnie wstał i ruszył do Ślizgona. - A Pani Panno Weasley ...
-Mogę już wyjść i przez najbliższy tydzień nie zjawiać się na Transmutacji, bo po co mam siedzieć i się nudzić. Widzimy się za tydzień Profesorze. - Powiedziała wstając od ławki.
-Pnno Weasley nie to chciałem ...
-Do widzenia. - Powiedziała wychodząc z sali.
-Rose co ty wyprawiasz? - Spytała Lissa podchodząc do rudowłosej Krukonki, która siedziała już w sali od eliksirów
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Myślę, że dobrze wiesz o co mi chodzi. Co to miało być? Wyszłaś w połowie lekcji z sali. - Powiedziała z wyrzutem.
-Znam to zaklęcie od trzeciej klasy. Durmstrang wykracza po za zakres nauczania i uczymy się więcej i ciężej. Takie zaklęcia jakie się w tym roku będziemy uczyć w większości już znam.
-I dlatego, że je znasz zamierzasz nie chodzić na lekcje?
-Za rzucanie tego zaklęcia dostałam ocenę Wybitną.
-I to cię zwalnia z obecności na lekcji?
-A czy Wodley jakoś mnie tym ukarał? Kazał przekazać mi że mam u niego szlaban? Albo odjął punkty naszemu domowi?
-Nie. Nic nie zrobił.
-Więc nie ma się czym martwić Liss. - Powiedziała i wróciła do pisania czegoś na luźnej kartce papieru.
Po kilku minutach do sali weszła reszta klasy. Do stolika przy którym siedziała Rose dosiadła się trójka Krukonów, brunetka Ariana Dolme i dwóch chłopaków brązowowłosy Edgar Comelt i czarnowłosy Anthony Deburdse. Stoliki są kwadratowe i przy każdym boku stołu siedzi jedna osoba, każda ma wyznaczone stanowisko. Do stolika za rudowłosą Krukonką usiadł Malfoy wraz z trzema kolegami Jake Greengras, Jace Zabini i Liam Camisso.
-Przez ciebie Weasley muszę tydzień współpracować z Nottem. - Usłyszała przy uchu głos Ślizgona.
-Nie mój problem Malfoy.
-Twój. - Powiedział pewny siebie.
-Wiesz co ci powiem? - Spytała odwracając się i patrząc na niego. Zauważyła, że trójka jego przyjaciół uważnie się im przygląda. - Nie lubię powtarzać zajęć, które już miałam i z których dostałam najwyższą ocenę. Tego zaklęcia uczyłam się w trzeciej klasie. A także parę innych, których nie znasz i być może nigdy nie poznasz. Więc uważaj z kim rozmawiasz Malfoy, bo źle skończysz. Powinieneś wziąć pod uwagę to, że przez pięć lat uczyłam się Durmstrangu najlepszej szkole na świecie, czarną magię mam w małym placu, wszystkie pozostałe zaklęcia i uroki też, eliksiry i zielarstwo również. Więc uważaj.
-Witajcie uczniowie. - Do sali wszedł Profesor. Rose rzuciła tylko pogardliwe spojrzenie na blondyna i odwróciła się patrząc na nauczyciela. - Jak już pewnie wiecie poprzedni nauczyciel Pan Galy Rockefes wylądował w Świętym Mungu w poważnym stanie. Nie wiem co mu się stało, ale wiadome jest, że prędko nie wróci. Więc poproszono mnie abym zajął stanowisko nauczyciela Eliksirów. Nazywam się Tyler Husel. W tym roku będę miał asystenta, który również jest moim przyjacielem. Poznajcie Profesora Lorcana Scamander'a. Do sali wszedł blondyn, którego Rose dobrze znała. Co prawda nie widzieli się od jakiś czterech lat i po mimo tego, że się zmienił wszędzie by go poznała.
-Czego?! - Spytała niezbyt uprzejmie, przewracając się na drugi bok.
-Wstawaj! Już! Masz piętnaście minut, albo zejdziesz na śniadanie do wielkiej sali tak jak jesteś ubrana w piżamie!
-Ale jesteś pewna że śpię w piżamie? - Spytała odwracając głowę w stronę blondynki. Lissa otworzyła usta zszokowana i zniesmaczona odpowiedzią przyjaciółki. Bo chyba może ją wciąż nazywać przyjaciółką prawda? Znają się niemalże od urodzenia. Jej mama przyjaźni się od czasów szkolnych z jej wujkiem Harrym i jego żoną Ginny, oraz z jej rodzicami Ronem i Hermioną. Kiedyś wiedziały o sobie wszytko. Były niemalże nierozłączne. Znały się na wylot. Rozumiały bez słów. Jej rodzina nazywała je bliźniczkami, bo przypominały im jak Fred i George w czasach swojego dzieciństwa, swej młodości, a także teraz dogadują się ze sobą nic nie mówiąc, i dokańczając za siebie zdania, tak one również dokańczały za siebie zdania.
-Za piętnaście minut masz być w PW inaczej przyśle po ciebie Coreya i Neo! - Powiedziała i wyszła z sypialni Krukonki. Rose zaśmiała się pod nosem gdy usłyszała trzask drzwi i krzyk irytacji blondynki tuż za nimi. Ale wstała z łóżka, na szczęście miała na sobie piżamę. Zieloną, po prawej nogawce spodni w górę spiralą wspinał się wielki czarny smok. Koszulę ma na guziki, po prawej stronie na piersi stały dwa czarne smoki i zionęły ogniem w górę tak, że ich płomienie się krzyżowały. A na plecach koszuli bokiem stał smok, pyskiem zwróconym w prawo, a jego ogon kończył się po lewej stronie koszuli z przodu. Pamiątka z Durmstrangu. Jedna z niewielu, które zachowała. Zabrała mundurek szkolny z fotela i poszła się odświeżyć do łazienki.
***
Dwadzieścia trzy minuty później rudowłosa Krukonka zeszła do Pokoju Wspólnego, a tam stała cała trójka Prefektów i jeszcze jakiś blondyn czekających na nią. Na ich widok przewróciła oczami i ruszyła do wyjścia, a oni za nią.
-Nie potrzebuję niańki.
-Według McGonagall potrzebujesz. - Powiedział Neo.
-Co ona może o mnie wiedzieć. - Mruknęła pod nosem Rose.
-Wie tyle ile wiedzą o tobie twoi rodzice.
-Czyli niewiele.
-Co to znaczy? - Spytał Corey.
-To, że moja rodzina mnie nie zna. - Powiedziała i przyspieszyła kroku.
-Cor, nie. - Usłyszała szept blondynki
-Ale ...
-Nie widzisz, że ona nie chce z nami rozmawiać? Jak będzie chciała pogadać, to sama zacznie rozmowę z tobą. Na przestrzeni ostatnich lat, bardzo odsunęła się od rodziny i dawnych przyjaciół. Nawet ode mnie.
-Okej.
-Znałyście się kiedyś? - Spytał zdziwiony kolega z o rok młodszej klasy Drew Garson.
-Tak Drew. Znamy się od urodzenia. Moja mama to Luna Lovegood teraz Scamander. W szkole przyjaźniła się z Ginny Weasley teraz już Potter z którą chodziła na większość zajęć razem. A także ze starszymi o rok Harrym Potterem, Ronem Weasley'em, Hermioną Granger teraz Weasley, Nevillem Longbottomem. To właśnie ta szóstka była główną siłą Gwardii Dumbledore'a podczas gdy Dolores Umbridge była nauczycielką Obrony Przed Czarną Magią. Stoczyli wielką bitwę w Ministerstwie Magii w 1996 roku. A gdy Voldemort przejął władzę nad szkołą, gdy Harry, Ron i Hermiona wrócili do szkoły jak szukali horkruksów, to Neville, Ginny i moja mama Luna zwołali wszystkich członków Gwardii Dumbledore'a do walki o Hogwart. A w dodatku przez cały rok tej tyrani w Hogwarie posługiwali się tymi monetami, których używali podczas spotkań GD gdy Umbridge tu rządziła. I pomagali sobie, przeszkadzali i psocili się Śmierciożercom panującym w szkole w tamtym czasie.
-Słyszałem tę opowieść.
-Ale nie znasz jej tak jak znamy ją my. Ja, czy Rose, czy jej rodzeństwo, kuzynostwo i dzieci Profesora Longbottoma. Słyszeli ją tak jak było, relację z życia. Bo nasi rodzice przeżyli to na prawdę. A ty Drew ... Twoi rodzice poszli do Hogwartu rok po wojnie. Nie byli tam gdy to wszystko się działo. Siedzieli wtedy bezpiecznie w domu. Znasz opowieści z wojny, ale takie jakie twoi rodzice usłyszeli w radio, jak inni im to opowiadali.
-Masz rację.
-Więc skoro nasi rodzice przyjaźnili się w czasach szkolnych, ich przyjaźń oczywiście nie mogła skończyć się po szkole. Przyjaźnią się po dziś dzień i zapewne będą się przyjaźnić aż do śmierci. Więc analogicznie rzecz biorąc, my również znamy się i przyjaźnimy. Od urodzenia.
-A tak w ogóle to czemu ma służyć ta rozmowa? - Spytał do tej pory milczący Neo. Pozostała dwójka nie znała odpowiedzi na to pytanie. Chłopak tylko pokręcił z dezaprobatą głową. I całą piątką weszli na wielką salę. Usiedli na tym samym miejscu co wczoraj wieczorem.
-Powinnaś coś zjeść. - Powiedział Neo do Rose, kończąc swoje śniadanie.
-Nie mam apetytu. - Odpowiedziała wstając od stołu.
-A ty dokąd? - Usłyszała za sobą pytanie bruneta. Ale nie odpowiedziała.
Sama dokładnie nie wiedziała dokąd zmierza. Szła przed siebie, pozwalając by nogi zaprowadziły ją gdzieś. W końcu zatrzymała się. Podniosła wzrok z podłogi i jej oczom ukazał się krajobraz Zakazanego Lasu. Stała na wieży. Tej na której zginął Profesor Dumbledore. Rozpoznała szczegóły tego miejsca, o których opowiedział kiedyś wujek Harry. Na tą wierzę od tamtego czasu nikt nie wchodzi. Jest to opuszczona wieża. Jedna z wielu. Usiadła na balustradzie i oparła plecami o kolumnę. Zapatrzyła się w dal, zapalając papierosa. Ostatnio tak często paliła. Ale nie potrafiła przestać. Tylko to ją uspokajało. Pozwalało przetrwać kolejną godzinę, kolejny dzień. Była jeszcze jej druga najlepsza przyjaciółka Ognista Whisky. Ta też pomagała zapomnieć, pomagała przestać myśleć, uwolnić się. Poczuć się chociaż przez chwilę wolną. Ale czy miała prawo do tej wolności? Czy powinna tu być? W tym zamku? Na tej wieży? Paląc papierosa? Czując jak kolejna dawka nikotyny zatruwa jej organizm, a smutek, stres, złość, poczucie winny schodzą na drugi plan. Chociaż na chwilę. Tak na to może sobie pozwolić. Ale nie na szczęście, przyjaźń i miłość. Przyszła tu do szkoły nie po to by pogodzić się z rodziną, zawrzeć nowe przyjaźnie, zakochać się, pogodzić się z życiem. Ale tylko po to by skończyć szkołę. Nawet nie dla siebie. Dla rodziców. By mogli być z niej dumni. Chociaż ten raz, tak jak wiele innych chwil było dawniej, ale one przeminęły. Chce by byli z niej dumni jak kiedyś. Więc skończy szkołę dla rodziców. A potem odejdzie. Tak. To najlepsze wyjście.
-No proszę, pierwszy raz w tym zamku a już znajdujesz tajne miejsce? Moje miejsce. - Usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła głowę i zobaczyła chłopaka o blond włosach i stalowych oczach, ubranego w szaty Slytherinu.
-Tajne? Twoje? Wątpię. - Powiedziała odpalając kolejnego papierosa. - Przyszłam tu kiedyś. Dawno temu. Jeszcze tej samej nocy jak przyjechałam tu po raz pierwszy. Hogwart niewiele zmienił się przez te pięć lat. To miejsce również. Jest tak samo zakurzone jak wtedy. Spędziłam w tej szkole wtedy całe dwa tygodnie. I każdego dnia przychodziłam tu co najmniej cztery razy dziennie. Więc jak już jest to moje miejsce. Znalazłam je pierwsza.
-Ja pierwszy raz tu trafiłem po miesiącu szkoły.
-Więc już mnie wtedy nie było tu. Jesteś Prefektem nie? To ty byłeś wczoraj też u McGonagall na mojej Ceremonii Przydziału. Z resztą drugiej. Chociaż w sumie trzeciej.
-Trzeciej? - Spytał siadając na przeciwko niej na balustradzie również zapalając papierosa.
-Pięć lat temu zasiadłam na stołku w wielkiej sali w Hogwarcie. Tiara przydzieliła mnie do Gryffindoru. Po dwóch tygodniach został zaakceptowany mój wniosek o naukę w Durmstrangu.
-Byłaś w Durmstrangu? - Spytał, ale ona zignorowała jego pytanie kontynuując.
-Więc się przeniosłam. Test który robiłam w wakacje, który był wysyłany razem z tym wnioskiem wyszedł mi że pasuję do Smoków i Małp. Ale koniec końców trafiłam do Smoków. No i trzeci raz tutaj znów, wczoraj. Tiara chciała przydzielić mnie do twojego domu, ale jednak stwierdziła, że ludzie mojego pochodzenia nie byliby miło widziani w waszym domu. W końcu nazywam się Weasley. I tak Durmstrang. Rodzice chcieli bym się tam uczyła. Więc nie chcąc robić przykrości mamie i tacie zgodziłam się. A po za tym zrobiłam to też dla siebie. Nie że jako jedenastolatka wiedziałam jak jest w Durmstrangu, bo nie wiedziałam. Chodzi mi o to, że tam byłam jedyną Weasley w całym zamku. Nie porównywano mnie do rodzeństwa, kuzynostwa. Nie musiałam udawać kogoś innego i przepychać się przez rodzinę że to ja jestem tą Weasley, którą warto znać, która potrafi wiele i tak dalej. Zostałam dość szybko zaakceptowana. I tak jak na początku mówiono o mnie Córka Rona Weasley'a, tak później zaczęto o mnie mówić Rose Weasley Smok Północy.
-Smok Północy?
-Należałam do Domu Smoka. Byłam Szukająca Smoków. Dlaczego Północy? Bo zawsze świeciłam najjaśniej, nawet najciemniejszą nocą. Nawet w śnieżycy i burzy. Wszyscy zawsze wiedzieli, że ja to ja.
-Nie wiedziałem że w Durmstrangu jest podział na domy.
-Kiedyś nie było. Ale od trzydziestu lat Dyrektorką Durmstrangu jest potomkini Neridy Vulchanov założycielki Instytutu Magii Durmstrang, Natsusri Makalai. I stwierdziła, że czas przywrócić szkole to co następcy jej przodkini znieśli. Podział na domy. Jak Dyrektor Beauxbatons usłyszał że Durmstrang ma podział na cztery domy, tak jak Hogwart postanowił, że nie będzie gorszy i również wniósł podział na domy, bo przecież Akademia Beauxbatons nie może być gorsza. Tak więc w Hogwarcie jest Slytherin, Ravenclaw, Huffelpuff i Gryffindor. W Durmstrangu jest Dom Smoka, Dom Wilka, Dom Tygrysa i Dom Małpy. A w Beauxbatons jest Wschód, Zachód, Północ i Południe.
-Ciekawe.
-Wiesz w końcu te trzy szkoły konkurują ze sobą od wieków.
-Nie palisz za dużo Weasley? - Spytał blondyn widząc że Krukonka zapala już trzeciego papierosa.
-Na coś trzeba umrzeć. A ja karmię tylko mojego raka. - Powiedziała kładąc rękę na klatce piersiowej, gdzie są płuca.
-Nie masz przypadkiem lekcji? - Spytał.
-A ty? - Spytała i spojrzała na zegarek na swoim nadgarstku. - Ja zaczynam dopiero za trzydzieści siedem minut.
-Ja też. - Odpowiedział i zapadła między nimi cisza.
Ale nie niezręczna, wręcz przeciwnie, przyjemna cisza. Oboje mieli w tej chwili tę samą myśl "Bo najlepiej milczy się z drugą osobą obok, a nie w samotności." I choć się nie znają. Czuli, że jednak jest coś dziwnego między nimi, coś co w przyszłości albo ich wzmocni, albo ich zrujnuje. Czuli się komfortowo w swoim towarzystwie milcząc razem. Chociaż on nie lubił towarzystwa obcych osób, tym bardziej jeśli są z innego domu. A już w ogóle nie przepadał za Weasley'ami i Potterami. A jednak siedzi w tym samym pomieszczeniu co jedna z Weasley'ów, Krukonka. Ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego jej nie nienawidzi, a jej kuzynostwa i rodzeństwa przecież nienawidzi. Zastanawia się, że może dlatego jej nie nienawidzi, bo jej nie zna. Może znienawidzi ją gdy ją bardziej pozna? A może nie?
-A ty gdzie? - Spytał widząc że dziewczyna zeszła z balustrady i kieruje się ku schodom.
-Za pięć minut zaczyna się lekcja Malfoy.
***
-Gdzie byłaś? - Spytała Lissa gdy tylko Rose stanęła pod salą od Transmutacji.
-Czy to ważne? Nie poszłam na wagary, jeśli o to ci chodzi.
-Wiem, że nie.
-Więc po co to pytanie?
-Bo ... Nieważne. - Odpowiedziała i obie weszły do sali. Choć lekcja się jeszcze nie zaczęła, uczniowie często wchodzą do sal przed rozpoczęciem zajęć. Rudowłosa usiadła w ostatniej ławce pod oknem. Lissa pokręciła głową i podeszła do swojej ławki.
-Malfoy ją wywali z tej ławki.
-Myślisz że tego nie wiem Johny? - Spytała Lissa siadając obok niego w ławce.
-Weasley to moja ławka. - Powiedział Scorpius siadając na drugim wolnym miejscu przy ławce.
-Jak ci coś nie pasuje to znajdź sobie inną ławkę. Bo ja nie zamierzam się stąd ruszyć nawet o milimetr. Chyba że skończy się lekcja. - Posłała mu na wpół sztuczny i na wpół wredny uśmiech.
-Wybacz Jake. - Zwrócił się do ciemnoskórego Ślizgona, który stał przy ich ławce. Ten tylko westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem i usiadł dwie ławki przed nimi z Elain McMilan. Scorpius sam nie wiedział czemu nie wywalił Krukonki z ławki, tylko kazał przyjacielowi usiąść gdzieś indziej. Było coś w niej, co go intrygowało. Ale jeszcze nie wiedział co.
Rose siedziała w ławce i wpatrywała się w widok za oknem, była nieobecna, myślami była gdzieś daleko. Nie słuchała nauczyciela. Nawet nie robiła notatek.
-Panno Weasley! - Profesor Wodley uderzył dłońmi w ławkę tuż przed dziewczyną. Ta nawet nie drgnęła, nie wystraszyła się. Powoli przeniosła wzrok z okna na twarz profesora.
-Tak profesorze? - Spytała od niechcenia.
-Od początku lekcji jesteś zamyślona i nieobecna na mojej lekcji. Więc może powiesz mi do czego służy zaklęcie, które jest napisane na tablicy? - Dziewczyna zerknęła na tablice znajdującą się za nauczycielem i odpowiedziała.
-Zaklęcie to pozwala na częściowe stransmutowanie człowieka w zwierzę, dzięki temu wprawimy przeciwnika w dezorientację i będziemy mieć czas aby uciec, ukryć się, lub zaatakować. W zależności od tego w jak poważnej sytuacji się znajdujemy. Rzucając to zaklęcie trzeba się mocno skupić jaką część ciała przeciwnika chcemy zmienić, oraz w jaką część zwierzęcia ma się ona zmienić. Oczywiście trzeba tu być ostrożnym i nie robić sobie głupich żartów i na przykład głowy człowieka nie zmienić w łapę jakiegoś zwierzęcia, tylko również w głowę. Bo gdyby głowę człowieka zmieniono w łapę, przeciwnik zostałby pozbawiony wzroku, słuchu, a także możliwości złapania oddechu i w przeciągu dwóch lub trzech minut umarłby. Ale na przykład zamiana ręki, lub całego ramienia w głowę zwierzęcia nie jest już niebezpieczne, gdyż przeciwnikowi nie stanie się żadna poważniejsza krzywda, nie licząc tego że dana głowa zwierzęcia może zacząć atakować człowieka w którego ciele jest.
-Skoro znasz zaklęcie w teorii jestem pewien że w praktyce również. - Powiedział profesor, ale nie liczył na to.
-Oczywiście. Malfoy jeśli pozwolisz. - Powiedziała a blondyn spojrzał na nią, a jego twarz przybrała pytający wyraz. Wyciągnęła różdżkę i celując nią w twarz Ślizgona wyszeptała. - Motommi Anima. - Głowa Ślizgona zamieniła się w głowę białej sowy. A gdy chciał coś powiedzieć z jego ust nie wydobył się jego głos, a sowi pisk. Było po nim widać że jest zdezorientowany sytuacją i powoli wpada w panikę. - Finite. - Rzuciła kolejne zaklęcie w stronę chłopaka.
-20 punktów dla Ravenclaw za znajomość zaklęcia w teorii i w praktyce. A teraz wasza kolej. Proszę do końca lekcji będziecie ćwiczyć na sobie to zaklęcie. A także przez najbliższy tydzień na każdej lekcji. A w piątek pokarzecie na ocenę co potraficie.
-Ty. - Scorpius wskazał palcem na Krukonke, choć tego nie okazywał był wściekły. Potrafił bardzo dobrze ukrywać swoje emocje. - Zrobiłaś ze mnie sowę.
-Tylko głowę ci zamieniłam w głowę sowy. W dodatku tylko na minute. Przecież nic się nie stało. Nadal jesteś sobą. Blondynem o stalowych oczach.
-Panie Malfoy, Panno Weasley. Was również dotyczy zajęcie się nauką tego zaklęcia.
-Ja je umiem.
-To pomorze Pani w nauce Panu Malfoy'owi.
-Czy ja wyglądam na osobę, która lubi pomagać i być obiektem na którym trenuje się zaklęcia?
-Nie interesuje mnie to Panno Weasley.
-Ale niech Pan spojrzy Profesorze. Klasa ma nieparzystą liczbę osób. A skoro ja znam to zaklęcia, Malfoy niech ćwiczy z nim. - Wskazała na chłopaka, który siedział sam dwie ławki obok. Profesor rozejrzał się po sali i stwierdził, że Krukonka ma rację.
-Panie Malfoy, proszę pójść do Pana Notta i ćwiczcie razem to zaklęcie. - Blondyn niechętnie wstał i ruszył do Ślizgona. - A Pani Panno Weasley ...
-Mogę już wyjść i przez najbliższy tydzień nie zjawiać się na Transmutacji, bo po co mam siedzieć i się nudzić. Widzimy się za tydzień Profesorze. - Powiedziała wstając od ławki.
-Pnno Weasley nie to chciałem ...
-Do widzenia. - Powiedziała wychodząc z sali.
***
-Rose co ty wyprawiasz? - Spytała Lissa podchodząc do rudowłosej Krukonki, która siedziała już w sali od eliksirów
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Myślę, że dobrze wiesz o co mi chodzi. Co to miało być? Wyszłaś w połowie lekcji z sali. - Powiedziała z wyrzutem.
-Znam to zaklęcie od trzeciej klasy. Durmstrang wykracza po za zakres nauczania i uczymy się więcej i ciężej. Takie zaklęcia jakie się w tym roku będziemy uczyć w większości już znam.
-I dlatego, że je znasz zamierzasz nie chodzić na lekcje?
-Za rzucanie tego zaklęcia dostałam ocenę Wybitną.
-I to cię zwalnia z obecności na lekcji?
-A czy Wodley jakoś mnie tym ukarał? Kazał przekazać mi że mam u niego szlaban? Albo odjął punkty naszemu domowi?
-Nie. Nic nie zrobił.
-Więc nie ma się czym martwić Liss. - Powiedziała i wróciła do pisania czegoś na luźnej kartce papieru.
Po kilku minutach do sali weszła reszta klasy. Do stolika przy którym siedziała Rose dosiadła się trójka Krukonów, brunetka Ariana Dolme i dwóch chłopaków brązowowłosy Edgar Comelt i czarnowłosy Anthony Deburdse. Stoliki są kwadratowe i przy każdym boku stołu siedzi jedna osoba, każda ma wyznaczone stanowisko. Do stolika za rudowłosą Krukonką usiadł Malfoy wraz z trzema kolegami Jake Greengras, Jace Zabini i Liam Camisso.
-Przez ciebie Weasley muszę tydzień współpracować z Nottem. - Usłyszała przy uchu głos Ślizgona.
-Nie mój problem Malfoy.
-Twój. - Powiedział pewny siebie.
-Wiesz co ci powiem? - Spytała odwracając się i patrząc na niego. Zauważyła, że trójka jego przyjaciół uważnie się im przygląda. - Nie lubię powtarzać zajęć, które już miałam i z których dostałam najwyższą ocenę. Tego zaklęcia uczyłam się w trzeciej klasie. A także parę innych, których nie znasz i być może nigdy nie poznasz. Więc uważaj z kim rozmawiasz Malfoy, bo źle skończysz. Powinieneś wziąć pod uwagę to, że przez pięć lat uczyłam się Durmstrangu najlepszej szkole na świecie, czarną magię mam w małym placu, wszystkie pozostałe zaklęcia i uroki też, eliksiry i zielarstwo również. Więc uważaj.
-Witajcie uczniowie. - Do sali wszedł Profesor. Rose rzuciła tylko pogardliwe spojrzenie na blondyna i odwróciła się patrząc na nauczyciela. - Jak już pewnie wiecie poprzedni nauczyciel Pan Galy Rockefes wylądował w Świętym Mungu w poważnym stanie. Nie wiem co mu się stało, ale wiadome jest, że prędko nie wróci. Więc poproszono mnie abym zajął stanowisko nauczyciela Eliksirów. Nazywam się Tyler Husel. W tym roku będę miał asystenta, który również jest moim przyjacielem. Poznajcie Profesora Lorcana Scamander'a. Do sali wszedł blondyn, którego Rose dobrze znała. Co prawda nie widzieli się od jakiś czterech lat i po mimo tego, że się zmienił wszędzie by go poznała.
-------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------
--------------------------------------------------
Mamy drugi rozdział.
Mam nadzieję, że się wam podobał.
Piszcie opinie w komentarzach.
Pamiętajcie!
Czytasz = Komentujesz = Motywujesz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz